"Pod niebem, które niesie śmierć"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

"Pod niebem, które niesie śmierć"

Pisanie by Kraków on Sob Wrz 21, 2013 5:56 pm

1. O winie i jej konsekwencjach

29 października 1936
Młody Włoch chował się za budynkiem, minimalnie jedynie wychylając, by móc ocenić sytuację na ulicy. Co chwilę przebiegali przez nią jacyś ludzie, a żołnierze poganiali się nawzajem, pokrzykując coś między sobą po hiszpańsku. Cywile trzymali się raczej ledwo stojących ścian, jakby miały one zwiększyć prawdopodobieństwo, że śmiercionośne odłamki bomb ich nie trafią. Co krok można było się natknąć na ciepłe wciąż ciała. Niektórzy jeszcze jęczeli w agonii, a porzucone dzieci płaczem wzywały swych rodziców i opiekunów. "Jeśli piekło istnieje, to czy nie jest nim właśnie to?" - przebiegało przez myśl mieszkańcom stolicy, którzy w panice chowali się w schronach, niczym szczury w obawie przed drapieżnikiem. Trzeba przeżyć, przeczekać, a gdy nadejdzie odpowiednia chwila - wyjść z ukrycia i rzucić się do gardła przeciwnika. Bo trup nic nie może zrobić, nic nie może zmienić.
Kryjący się mężczyzna zagryzł wargę, widząc to wszystko. Wiedział, że jest to po części jego wina. Nie był w stanie przeciwstawić się rozkazom swojego szefa ani chociaż namówić go do zmiany zdania, choć próbował. Był bezsilny, mimo iż to właśnie on reprezentował włoski naród. A przynajmniej tę część, która pochodziła z południa. Tak, choć mogło wydawać się to dziwne, owy mężczyzna nie był zwyczajny. Młody wygląd był w stanie zmylić każdego, a wybuchowy charakter przywodził na myśl młodzika, który dopiero co osiągnął dojrzały wiek. Wszystko to było jednak pozorami, mającymi na celu ukryć jego istnienie. Ten niby normalny chłopak nazywał się Lovino Vargas i w rzeczywistości był personifikacją. Antropomorficznym uosobieniem kraju. Każdy naród ją miał. W momencie, gdy pojawiała się świadomość należenia do grupy posiadającej własną historię i kulturę, rodziła się osoba, która samą swoją egzystencją łączyła ludzi i ich uczucia, sprawiając, że owa grupa mogła w ogóle istnieć, a także była w stanie walczyć za swój kraj, za swoje miasto - bo te osoby stanowiły powód. Tworzyły więzi między ludźmi, którzy nawet się nie znali. Dźwigały one na swych barkach losy i życia wszystkich mieszkańców, w zamian zyskując jedynie długowieczność. Żyły, dopóki był chociaż jeden człowiek, który czuł, że przynależy do danego miejsca.
Przedstawiciel Włoch Południowych, zaciskając bezsilnie pięści, czuł na sobie ciężar obecnych tu wydarzeń. Choć nie on wydał rozkaz do bombardowania, robili to przecież jego ludzie, korzystając z jego samolotów i jego artylerii. Został wmieszany w wojnę, z którą nie chciał mieć nic wspólnego. Ale jednak przyleciał tu, prawda? Coś chciał zmienić. A może tylko uciec przed wyrzutami sumienia?
Przez chwilę, wśród szukających schronienia ludzi, mignęła Włochowi znajoma sylwetka. Już chciał wybiec zza rogu, ale w tej samej chwili usłyszał odgłos silników. Ponownie się skrył, by ostatecznie odetchnąć z ulgą. Tym razem samoloty ominęły tę część miasta, w której akurat przebywał Lovino. Trzeba więc korzystać z okazji, bo następnym razem Włoch może nie mieć takiego szczęścia i to jemu przypadnie poczuć na własnej skórze cierpnienie tego miejsca. Nie umarłby. Ale też nie miałby możliwości zrobienia tego, czego chciał. Tak więc mężczyzna wybiegł prosto na ulicę, wśród uciekających w panice ludzi. Nie musiał długo się rozglądać, by dostrzec tą, dla której tu przybył. Madryt. Postronny nawet nie zwróciłby na nią uwagi. Była to drobna, niepozorna dziewczyna. Krótkie, brązowe włosy okalały jej dziecięcą twarz, a przydługie kosmyki, zwykle związane w kitkę, opadały na ramiona. Należała do ładnych dziewcząt, jednak wojna wyniszczyła jej organizm na tyle, że trudno było uznać ją za piękność. Jakiś urok jednak pozostał. Teraz rozglądała się wokół z paniką w oczach, jakby nie wiedząc, w którą stronę uciekać. Jej strach i ból było doskonale widoczne, choć na jej twarzy dominowało raczej niedowierzanie.
W momencie, gdy Lovino dostrzegł Hiszpankę, ona akurat zerknęła w jego stronę. Ich spojrzenia się spotkały. Przez chwilę żadne z nich nie wiedziało co zrobić, jak zareagować. Vargas jako pierwszy odzyskał panowanie nad sobą i ruszył biegiem ku dziewczynie. Ta drgnęła nerwowo. Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi, wypełniony uczuciem ulgi. Cały czas bał się, że nim ją znajdzie, stanie się coś... Coś strasznego. W końcu miasto dziewczyny było teraz zwyczajnie niszczone. Jej miasto, ona sama. Najmniejszy wybuch kaleczył jej ciało, nawet gdy odłamki bomb jej nie sięgały. Mężczyzna nie chciał sobie wyobrażać, co ta musiała w tej chwili czuć. Nie mógł się jednak uwolnić od jednej, nękającej go myśli.
"To moja wina."
- Ann! - krzyknął, pochwycając Madrytkę w ramiona. Dziewczyna jednak od razu wyrwała się z jego uścisku, patrząc na Włocha jakby z odrazą, z wyrzutem.
- Z-zostaw mnie..! - pisnęła, odsuwając się od niego kilka kroków. - Nie dotykaj..!
Lovino powinien był spodziewać się tego. Reakcja Hiszpanki była oczywista, normalna. Przecież właśnie stał przed nią winowajca tej masakry. Jej kat. Dziewczyna rzuciła jeszcze na niego ostatnie spojrzenie, pełne wielu sprzecznych uczuć, po czym odwróciła się, by odejść. Włoch już chciał ją zatrzymać, jednak w tej chwili stało się coś, o czym przez chwilę kompletnie zapomniał. Samoloty wróciły.
Wybuch był ogłuszający. Lovino, nie myśląc wiele, rzucił się na dziewczynę, by okryć jej drobne ciało, jednak siła bomby wyrzuciła ich oboje kilkanaście metrów dalej wraz z gruzami, pyłem i odłamkami. Gdyby ktoś kazał mu w późniejszym czasie opisać ten moment, Latynos zapewne skwitowałby to krótko: ból, otępienie. Przez chwilę leżał ogłuszony, czując jak każdy skrawek jego ciała pali, niby ktoś rwał z niego żywcem skórę, jednak Hiszpanki nie puścił. Trzymał ją w żelaznym wręcz uścisku, modląc się w duchu... sam nie wiedział o co. O jej bezpieczeństwo, o jej dobro, a może o wybaczenie? Zbyt dużo myśli kołatało się w jego głowie, by jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wtem jednak spojrzał na twarz dziewczyny i nagle wszystko zmieniło się w jedną, wielką pustkę. Nie było nic, prócz obrazu spokojnego oblicza Latynoski, pogrążonej jakby we śnie. Lovino drżącą dłonią odgarnął z jej czoła sklejone kosmyki.
- Ann? - rzucił w przestrzeń. Odpowiedziały my jedynie krzyki zrozpaczonych, lamenty matek i jęki dogorywających ludzi. Ona sama zaś milczała.

_________________
Nie przenoście nam stolicy do Krakowa,
Chociaż tak lubicie wracać do symboli,
Bo się zaraz tutaj zjawią
Butne miny, święte słowa
I głupota, która aż naprawdę boli.

U nas chodzi się z księżycem w butonierce,
U nas wiosną wiersze rodzą się najlepsze.
I odmiennym jakby rytmem
U nas ludziom bije serce,
Choć dla serca nieszczególne tu powietrze.

Nie przenoście nam stolicy do Krakowa,
Niech już raczej pozostanie tam gdzie jest!
Najgoręcej o to proszą,
Dobrze ważąc własne słowa,
Dwa Krakusy - Grzegorz T i Andrzej S.
avatar
Kraków
Matka Polka POLSKA MAFIA~

Skąd : Z serca Polski! (A dokładniej, z Polonii Minor)
Female Liczba postów : 49

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach