Historia o Bieszczadach - tru story

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Historia o Bieszczadach - tru story

Pisanie by Gość on Wto Lis 26, 2013 4:49 pm

Uwaga! Przedstawiona tu historia nie ma chyba związku żadnego z główną fabułą. Niby to tak egoistycznie, że ja sama tak o sobie... ale kij. Kto chce czytać, kiedyś przeczyta, kto nie, to nie zmuszamy. Tych, co mimo wszko chcą jednak się tym katować, zniechęcam długością. W kochanym Wordzie wyszło osiem niepełnych stron... Więc tego, powodzenia?

Płomienie trzaskały słodko i diabły upojone ich pieśnią zdawały się z początku nie zauważać wypłoszonych ‘nowicjuszy’ prowadzonych w obstawie czerwonookich hybryd, diabłów silnych, z pazurami, szczekających chrapliwie, nieprzypominających niczego, co żyje czy kiedykolwiek żyło na ludzkiej planecie. Prowadzą oni nowo z ciemności wyprowadzone, o długiej, czarnej sierści pokrywającej niemal każdy najmniejszy milimetr chudego ciała, wypłoszone, z wyglądu jakby człowiekowi podobne, ale z kopytami szerokimi i o podwójnych ogonach, mniejsze od Stwórców, około dwumetrowe potwory. Patrzyły niepewnie na boki zielonozłotymi szparkami oczu o cienkich, gadzich źrenicach bojąc się zapewne liżących stopy płomieni i drżąc całe przy głośniejszym szczeknięciu silniejszych, starszych braci. Znaczy… Stwórcy, owi bracia, myśleli tylko, że są silniejsi. Tymczasem twór, gdyby był przez nich choć w przeważającej części poznany, przerósłby nawet najbardziej wygórowane oczekiwania. Jednak gruboskórne, czerwone diabły ani myślały dopuszczać do siebie jakichkolwiek podejrzeń. Czarne stwory niosły na ramionach wychudłe stworki do tego stopnia, że podobne aż do kocich szkieletów obciągniętych ciasno lichym czarnym futrem, które śpiąc wyglądały zbyt niewinnie jak na tak głębokie otchłanie piekieł. Jeden tylko z czarnych potworów, najwyższy i najbardziej charakterystyczny przez swoje rogi niby to jelenie, ale bardziej poskręcane i srebrzyste oraz ogon nie podwójny a potrójny, prócz czarnych kotowatych demonów niósł także jedno zawiniątko, w gęstej sierści dobrze skryte. Zdawał się on być przywódcą reszty, mniej płochliwie niż inni rozglądał się po bokach. Szli w ciemnej, ponurej paradzie szurając kopytami prowadzeni śmiechami, chichotami i zaciekawionymi bądź pełnymi pogardy spojrzeniami gapiów piekielnych niby zza płomieni gorejących niewidocznych, ale błyskających ślepiami różnej zimnej barwy. Podążali oni na spotkanie Pana i Władcy, tego, który te nowe twory ma zaakceptować i wyznaczyć zadanie lub potępić i zniszczyć.
- Miana wasze! – Rozległ się niby to skowyt, niby to jęk potworny zdający się być schrypniętym od sadzy i płynnym od płomienia, od którego pochód zatrzymał się natychmiast. Właściciela onego głosu jednak widać nie było. Zresztą pokazywał się z rzadka i tylko wybrańcom. Bo po cóżby miał to robić skoro piekło to jeden jego wielki pałac i widzieć może wszystko, nawet to, czego nie chce.
- M-my Biesy! I Czady! – Odezwał się niepewnie rogaty czarny potwór. Czerwoni stworzyciele już powoli się złościli. Przecież nie tak ich wychowywali! Winni być twardzi, w płomień patrzeć prosto i pod kopyta pluć! A stoją teraz, niby tfu! baranki niebieskie i patrzą w skały, jakby te jakieś inne były i ciekawsze od innych.
Piekłem wstrząsnął śmiech znowuż nieodgadniony w emocjach. Biesy zadrżały, a kotowate Czady otworzyły przerażone, ogromne, złotozielone oczy o szparowatych, wężowych źrenicach. Stwórcy, którzy wciąż jeszcze mieli siarkę na pazurach, wściekli się myśląc, iż Pan zły jest na nich. Jeden z nich wystąpił do przodu w porywie złości strasząc rogiem jednym, bo drugi miał złamany. I ten właśnie złamany o jego porywczości nienowej dla innych dobrze poświadczał.
- Panie! Oni łżą! Udają! Robią sobie z Ciebie żarty! Nie znasz ich, inni są!
- Co to ma niby znaczyć, że ich nie znam? – Teraz rozdrażnienie Diabła było nazbyt czytelne. – Jak mógłbym nie znać czegoś, co się w pałacu mojem narodziło, głupcze! Jednego rogu już nie masz, czy i drugi chcesz stracić? – Zrobił krótką przerwę tracąc stworzycielami jakiekolwiek zainteresowanie. - Więc, jakżeś się nazwał? Biesem? – Czarny rogacz nie odpowiedział tylko podniósł wzrok ze skał, wlepił w płomień oczy złotozielone i czekał. – Więc Biesie! Wyślę ciebie i resztę twoich na ziemię. Jest tam pewien zakątek, co Bóg – Diabeł widać nie mógł wytrzymać i wypowiedziawszy ostatnie słowo z niekrytą wzgardą zaśmiał się powodując drżenie gapiów i ich popłoch. – co Bóg o nim zapomniał, tam będziesz. Nazwą cię Złym Biesem, a za twoją przewinę do piekła już nie wrócisz. Umrzesz na ziemi, zabiją cię ludzie. Śpieszyć się musisz, by zadanie, co ci je powierzono, wykonać. Ja ni nikt inny stąd i stamtąd Ci nie pomożemy, radzić winieneś sobie sam.
Płomień tedy wzmógł się i wypluł czarne, nietoperze skrzydła. Zły Bies milcząc podniósł skrzydła a te jakoś same wypadły mu z łap i przytwierdziwszy oraz rozwinąwszy się na jego plecach wszerz ogromne na dziesięć metrów uniosły go w górę razem z resztą Biesów, które natychmiast złapały się jego ogonów. Wzlecieli ku górze odprowadzeni złymi spojrzeniami i współczującymi zerknięciami, tak różne wyobrażenia mieszkańcy piekła mieli o ziemi powyżej. Czarne Biesy naraz zniknęły wszystkim ze ślepi skryte za dymem, potem parą wodną, a później już tylko otaczającą wszędy syczącą przy wpadaniu w ukrop wodą. I tylko Diabeł ich widział i myślał, co to z tym zawiniątkiem będzie? I kogo tu karać? A może problem sam się rozwiąże i sczeźnie gdzie po drodze do celu? Czymże ten cel jest? Ugh! A że rozmyślań Diabeł nie lubi, to rzucił jakimś pomniejszym demonem nawet do bestii niepodobnym w ogień. Rozsiadł się, wsłuchał w jęki, skowyty i równomierny trzask chciwych ciała kolejnego płomieni.
Tymczasem Biesy i Czady po otoczeniu przez wodę wreszcie do cna przemoczone tak, że wyglądały, jakby straciły połowę swojej wątpliwej masy, wydostały się na zewnątrz. Świat zalegał mrok i zimno od razu zaatakowało demony przyzwyczajone jedynie do ukropów piekielnych. Skrzydła załopotały a ustawiwszy wszystkich ciężko na ziemi zwinęły się i uniósłszy się w powietrze wleciały wprost w łapy Złego Biesa. Demony rozejrzały się trzepiąc naokoło wodą. Wśród ciemności i mgieł były w stanie ujrzeć otaczające ich połacie traw i zaznaczający swą obecność gdzieś w dole młody rzadki lasek bukowy szumiący spokojnie drobnym listkiem, gęstniejący wraz z obniżaniem się terenu. A jeszcze wysoka, sztywna trawa szeptała te swoje niezmienne bzdury. Z prawa zaś wił się i tłukł o skały bystry potok, z którego źródła właśnie wychynęli. Wszystko gadało językiem, który w żaden sposób do tego sykliwego płomieni podobnym nazwać się nie da. Wszystko było takie inne i warte poznania.
Pierwsze odważyły się Czady. Pozeskakiwały z kocią gracją z ramion Biesów powpadały między drzewa i tylko oczami błyskały. Dalej Biesy rozglądając się wokoło poznikały w gęstej ciemności. Przy źródle pozostał tylko rogaty diabeł. Westchnął chrapliwie i rozsunął mokrej sierści na ramieniu ukazując może półroczne dziecko. Patrzyło wprost w straszliwy pysk Złego Biesa wielkimi, zimno zielonymi oczami, których jadowity wręcz kolor i chłodna beznamiętność nie sprawiały wrażenia pochodzenia ziemskiego. Wręcz przeciwnie. Oczy były okolone czarnymi, gęstymi i długimi rzęsami, już teraz po tej wciąż okrągłej twarzyczce znać było, że dziewczę, które z dziecka wyrośnie będzie niezwyczajnej urody. Patrzyła wyczekująco, blade rączki ułożyła spokojnie wzdłuż ciała.
Zły Bies okrył jej ciałko sierścią głowę pozostawiając odkrytą, przez co wciąż czuł na sobie lodowate spojrzenie dziewczynki. Z ociąganiem, powłócząc po ziemi ogonami, zagłębił się w trawy i dalej w las. Spróbował sobie przypomnieć i w głowie poukładać, co o tym dziecku wie. Z pewnością choć w części było ludzkie, to da się zauważyć już na pierwszy rzut oka. Dostał polecenie opieki, słowa jak gdyby wyryły mu się w pamięci: „Ziemie wśród siarki i płomieni nie będą dla niej dobrym miejsce, już nie są najlepszym. Masz ją stąd zabrać, ale jeśli tylko coś jej się stanie poważnego, zapłacisz za to językiem i nogami, zaś jeśli umrze… potomni będą jeszcze tysiące lat wprzódy znajdować części twojego ciała, tak je porozrzucam.” Pamiętał słowa, ale głosu ani osoby już nie. Ktoś to był tak potężny, że na samą myśl niesłaby przecież Zły Bies zadrżał i czuł ścisk nieprzyjemny w trzewiach. Spojrzał bystrze na dziecko, które ukołysane przez monotonny chód zmrużyło oczy i zasnęło wreszcie.
- Kim ty jesteś?

Dziewczynka dorastała spokojnie, ganiała się z Czadami, rozmawiała z Biesami, poznawała góry. Wschód porywał ją coraz dalej, ale Zachód poznawała coraz głębiej. Znać było, że jest ulubienicą Złego Biesa, dla niej zawsze zostawiał najlepsze kawały mięsa, dla niej znajdował skupiska jagód i zbierał je oraz odszukiwał dzikie jabłonie o dojrzałych owocach. Dziewczynka była jednak dziwna, nawet bardzo. Niby to zawżdy uśmiechnięta, uważna, trochę rozpieszczona, jednak potrafiła być momentami niezwykle okrutna, opanowana i beznamiętna. Oczy zaś jej śmiały się z rzadka. Czarne włosy zgęstniały, urosły tak, że sięgały już do ramion. Nosiła szyte przez Złego Biesa skóry, których na takie małe i drobne dziecko nie trzeba było wiele. Czady natenczas już zadomowiły się w bukach, Biesy poznały swoje jaskinie. Tereny, które diabły one zajmowały, sięgały już daleko na Wschód aż po krańce gór czy nawet wyżyn. Czadów porobiły się takie mnóstwa, że czasem brakowało buków i spotkać je można było w grabach czy osikach nawet. Wśród skarlałych świerków harcowały za dnia, nocą błyskały oczami między drzewami i stroszyły sierść.
Nastały piękne dni i wtedy przybyli ludzie. Byli już wcześniej, czasem przechodzili przez lasy, ale nigdy nie zostawali na stałe. Dlaczego? Powód był więcej niż prosty, przez Biesy i Czady właśnie. Ludzie myśleli, że bór ten jest święty albo częściej: przeklęty. Bali się. Ale ta zaraza ziemska w końcu i do tego się przyzwyczaiła, i tu zaczęli się osiedlać. Wycinali drzewa, również buki, nie bacząc na ich mieszkańców, więc ginęły Czady. Nagle ich liczba zaczęła się zmniejszać, a te pozostałe z odważnych demonów przemieniły się w słabe i płochliwe zwierzęta. Na nic były umiejętności plątania ścieżek, mylenia dróg i sprowadzania mgły. Ludzie nic sobie z tego nie robili, dalej budowali swoje domy, płoty, łodzie. Biesom nie podobały się te ludzkie poczynania, chcieli im wydrzeć ziemię, którą dostali od Pana. Zgromadziły się na naradę, co tu teraz zrobić? Postanowiono, że będzie się w miarę możliwości ludziom przeszkadzać. Biesy sprowadzały deszcze, wyrzucały wody rzeki na wioski, osady, a Czady różne utrapienia przynosiły. Rozkopywały uprawy, sypały piaskiem do chat, dziurawiły łódki i w środku nocy gasiły paleniska, co zimą bywało najnieznośniejsze. Płochliwe kocie szkielety nie chciały ludziom krzywdy robić, często ostrzegały ich przed zbliżającymi się od strony Biesów niebezpieczeństwami. Jednak musiały tedy mocno uważać, bo Zły Bies był mściwy, posiadał moce straszliwe i jeszcze straszliwsze nawet przez te nietoperze skrzydła, co je dostał. Czady bały się go ogromnie, ale nie potrafiły też uprzykrzać ludziom życia na dłuższy czas. Kotowate demony zdawały się nie znać słowa ‘zemsta’. Dziewczynka, wychowanica Biesów, znała je zbyt dobrze, dlatego, by głupstw nie robiła, zostawiono ją w nieświadomości leśnych wydarzeń. Jednak takie łatwe to nie było, Czady przymuszone odpowiednio opowiadały jej wszystko z najbardziej wyczerpującymi szczegółami włącznie. Lecz dziewczynka udawała, że nic nie wie, co by opiekuna swego z równowagi nie wytrącić. W końcu Zły Bies zauważył, że tak walcząc ludziom rady nie da, że są jak pleśń najgorsza, że zewsząd już otoczyli las i wdzierają się do środka. Że ma tylko jedną szansę na ich pokonanie.
Pewnego dnia jesiennego, kiedy drzewa przybrały swe najcenniejsze szaty a słońce świeciło ciepło już ostatni raz w tym roku, wyszedł ludziom naprzeciw. Stanął po kopyta w wodach rzeki, czekał. Wprzódy powiedział innym Biesom, gdzie idzie, nie wątpił, że przysłuchujące się temu Czady od razu przekażą to ludziom. Nie wiedział jednak, że Czady przekazały to również jego wychowance… Czekał. Wiatr spokojnie chłodził mu pysk, nietoperze skrzydła na plecach szeleściły z cicha trwając w umownej harmonii z szumem wody i drzew. Na horyzoncie widać było nitki dymów. Ludzie. Nagle czujne uszy Złego Biesa wyłapały inny dźwięk, szczęk ludzkich kroków. „Są uzbrojeni” – Pomyślał i skrzywił się. Zanim ich usłyszał trwał w nadziei, że jednak Czady go tym razem nie zdradzą. Znów się przeliczył. „Zdecydowanie powinienem być twardszy!” Czekał spokojnie. Coś go niepokoiło, ale nie wiedział co.
Wreszcie spośród drzew wyszło dwunastu ludzi, każdy z nich miał miecz i lekką kolczugę. Czujny Bies od razu zauważył pośród nich czarne szkieletowe cienie i zmarszczył brwi. „Mogły ich poprowadzić, ale pokazywanie się teraz mnie nie było z ich strony dobrym pomysłem… zapamiętam ich sobie i skóry wygarbuję potem.” Najlepiej uzbrojony z ludzi szedł przodem, posiadał błyszczącą w słońcu tarczę, naramienniki i nagolenniki podobnie cudownej roboty. Pewny siebie, dobrze zbudowany, o płowych włosach lekko falujących, sięgających po ramiona i oczach bystrych, zielonych jak wybrzmiała wiosną trawa. Widocznie przewodził nie tylko pochodowi wojowników, ale również całej wiosce lub nawet wszystkim tym ludziom pochodzącym z Zachodnich Krańców. Bies zbliżył się do środka rzeki, wybrał akurat takie płytkie miejsce, co by się wygodnie walczyło, woda ledwo zasłaniała mu kopyta.
- San! Mamy walczyć w wodzie? A te małe stwory nie mówiły inaczej?
Zły Bies uśmiechnął się widocznie. A więc jego przeciwnikami przewodzi San. Dziwne imię ma ten młodzieniec, ale ludzie już tacy są, muszą się wyróżniać. Postąpił jeszcze krok w ich kierunku, potrząsnął łbem ukazując majestat swoich ogromnych niby jelenich, ale bardziej jeszcze poskręcanych rogów, rozłożył łapy strzelając paroma iskrami z pazurów i uderzył ogonami o taflę wody. Niecierpliwił się, ci wojownicy zdawali się nie być przekonani co do walki z wysłannikiem Diabła bądź nawet nim samym. Konsternacja trwała czas dość długi by spokojnie przebiec wzdłuż brzegu połowę długości rzeki, w której stał. Zły Bies widział strach w ich oczach, jedynie San był spokojny. To był taki rodzaj spokoju, który zdawał się aż mówić: „wiem, że tu umrę, ale mi to nie przeszkadza. Jednak nie odejdę z tej ziemi sam.” Wstąpił wreszcie do wody, za nim reszta mężczyzn. Wyciągnęli dłonie z mieczami i zaraz za Sanem rzucili się na czarną masę sierści i czystego niemal zła. Mężczyźni byli uderzani ogonami, rozszarpywani pazurami. Bies był cięty we wszystkich możliwych miejscach mieczami i nożami. Wojownicy ginęli szybko, usłali ciałami płytki nurt rzeki, demon aż dziwił się, że te istoty są naprawdę tak słabe. W końcu na polu walki pozostał jedynie San i Zły Bies. Obydwaj nie byli w najlepszym stanie: San miał długie, skośne rozcięcie na torsie i kilka innych, pomniejszych na ramionach, Bies głęboką ranę na boku, ułamane końcówki prawego rogu, na ten lewy nabita została dłoń jednego z wojowników. Znów stanęli do walki. Zły Bies nawet nie zauważył, że skrzydła nietoperze skarlały do normalnych swoich rozmiarów i złożyły się.
Szczęk miecza o pazury i pazurów o zbroję rozchodził się niemal po całym lesie. Dziwnym by było, gdyby dziewczynka tego nie usłyszała. Grała właśnie z Czadami w jedną z odmian gry, w której to część osób się chowa a część ich szuka, gdy dźwięk ten dotarł do jej uszu, zareagowała jak na umówiony wcześniej sygnał, z zupełnym spokojem. Natychmiast przestała się chować i bezszelestnie pobiegła w tamtą stronę. Na jej bladej twarzy gościł zwyczajowy półuśmiech, las znała już doskonale, biegła za hałasami. „Rzeka?” Dostrzegając jej nieobecność Czady natychmiast wpadły w popłoch, były może szybkie, ale nie tak jak dziewczynka, nie miały szans jej dogonić, już była na krańcach lasu, przy rzece… Zatrzymała się i wyjrzała zza złotolistnej brzózki pełna ciekawości. Hałasy umilkły. Zły Bies o sierści posklejanej krwią dysząc ciężko unosił w pazurach dziwny, podobny ludzkim, kształt cały skąpany w ciemnej posoce swojej i demona. Co dziwne, San – ów mężczyzna, wciąż i niezłomnie trzymał w dłoni miecz, mimo, że szans już nie miał prawie żadnych na jego powtórne uniesienie. Dziewczynka uśmiechnęła się radośnie i mściwie. Szybko skojarzyła fakty o przewidzianym przez Czady ‘spotkaniu z ludźmi’ a słaniający się po rzece trup tylko ją w tym przekonaniu utwierdził. Wychynęła cała szczęśliwa z lasu i zdając się nie zauważać, że demon chwieje się na kopytach podeszła spokojnie, już nie starając się nawet na wyciszenie kroków, na sam brzeg.
Zły Bies zesztywniał cały słysząc kroki z lasu. Te kroki. „Jak mogłem jej wcześniej nie usłyszeć..? Przecież zawsze stąpała jak ludzie: głośno, hałaśliwie. Co się zmieniło?” Znał je zbyt dobrze. Naraz przypomniał sobie piekło i słowa, co tak dobrze pamiętał, choć dużo wody już w rzekach upłynęło. „Nie powinna była tu przychodzić! Tu niedaleko jest pełno ludzi, coś może jej się stać!” Natychmiast odwrócił łeb w jej stronę, łudząc się jeszcze, że omylił się, że to nie ona. Niestety, to były tylko złudzenia.
- Miałaś siedzieć z Czadami! – Oczy dziewczynki się rozszerzyły i zabłyszczały, postąpiła szybko parę kroków do przodu wprost w wodę i już otwierała różane usta by coś powiedzieć, i już wyciągała dłoń w rozpaczliwym geście do demona. – Dlacze… - Bies nagle urwał. Jego łeb zsunął się powoli z karku odcięty przez miecz Sana. Pysk Złego Biesa wyrażał jedynie zaskoczenie, jego złotozielone oczy patrzyły jeszcze chwilę na dziewczynkę ze złością pomieszaną z zaskoczeniem. Potężny niegdyś demon runął jak walony piorunem dąb w rzekę. San za nim. Mężczyzna upadł nieszczęśliwie nabijając głowę na rogi Biesa. Jego wzrok zgasł niemal natychmiast, mimo że jeszcze chwilę wcześniej błyszczał pełnym ostatecznego wysiłku tryumfem. Dziewczynka podbiegła do swojego opiekuna, twarz wykrzywiał jej szok, ale w oczu nie zwilżyła żadna wilgoć, takiej wilgoci nie znała. Uklękła w wodzie, schwyciła Biesa za nietoperze skrzydła i mokrą posoką sierść, zaczęła nim rozpaczliwie potrząsać.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Miałeś żyć! Dlaczego umarłeś?! To nie tak! Nie tak miało być, słyszysz?! NIE TAK! – Nagle przestała czuć w dłoniach opór i upadła tyłem do wody. W rękach pozostały jej jedynie skrzydła, Bies rozsypał się w czarny jak sadza i cuchnący siarką proch, który teraz spokojnie spływał w dół rzeki. Spojrzała na wojowników z odrazą. Oni się nie rozpłynęli, woda opłukiwała ich pocięte ciała, Sanowi śmiesznie chluszczała w podziurawionej głowie. Uwolniona z nieistniejących już rogów czyjaś dłoń dała się unieść rzece, a ta porwała ją głównym nurtem w dal. Puste oczy byłych wojowników, a teraz jedynie trupów zaściełających dno rzeki zaćmione śmiercią patrzyły w rozognione zachodem niebo.
- Och!
Czarnowłosa natychmiast odwróciła głowę w stronę głosu. Na zachodnim brzegu stała inna dziewczynka. Chociaż inna… to złe słowo. „Takie same czarne włosy jak ja! Nawet takiej samej długości! Twarz, wzrost, wszystko! Kim ona jest?” – Pomyślały obydwie. Dziewczęta były identyczne poza jednym szczegółem. Wychowanica Biesa oczy miała zimne, zielone, a ta druga również zielone, ale ciepłe, ludzkie, teraz pełne łez, rozpaczy i strachu. Różnił je jeszcze strój, ta ubrana w skóry, ta w barwną spódnicę z naszytymi kolorowymi paskami u dołu, białą, wyszywaną czerwoną nicią bluzkę i ciżemki. Wychowanica Biesa wstała z wody, w dłoni kurczowo ściskała skrzydła, które zafalowały samoistnie. Wyglądała strasznie, nie dość, że mokra wodą, to jeszcze posoką Biesa i ludzi. Tamta druga cofnęła się cała przerażona kilka kroków i upadła przewróciwszy się o korzeń. Zaczęła czołgać się po ziemi, zaczęła uciekać. Jednak wychowanica Biesów miała skrzydła… natychmiast znalazła się przy niej i unieruchomiła korzeniami, co nagle wyrwały się z ziemi i oplotły dziewczynkę.
- Twoje imię. Wyjaw mi je. – Z chłodnym spokojem wypowiedziała wychowanica Biesów. Niepokoiła się wewnętrznie tym, że jest z tą osóbką teraz związaną korzeniami tak bardzo podobna. To nie wróżyło niczego dobrego. Już zaczęła obmyślać, co tu z tym zrobić..
- Marianna Łukasiewicz! – Wyznała z dumą. – A teraz ty! Kim jesteś? – „O! Jaka odważna!”
- Duchem lasu. – Bez zastanowienia wyrzekła. – Ale my, duchy, nie mamy swojej postaci. Dlatego teraz jestem tobą. – Spojrzała na tą drugą. Szczęśliwie tamta łyknęła przynętę, istnienie duchów lasu było dla niej naturalnym wytłumaczeniem. – Marianno…
- Duchu! – Przerwała jej z uprzejmym uśmiechem, co było dosyć dziwne, zważając na to, że wciąż trwała w więzach korzeni. – Mów mi Mania!
- A więc, Maniu. Mam jedno pytanie do ciebie. Od razu wytłumaczę, my, duchy lasu, nie wiemy dużo o ludziach. Ale myślimy, że jesteście ciekawymi stworzeniami, chcemy was poznać. – Ta bajka z „Duchami Lasu” coraz bardziej podobała się dziewczynce. – Wytłumacz mi, kim jesteś w swojej wiosce. Bo skoro tu przyszłaś, sądzę, że nikim przeciętnym. Inaczej nie miałabyś na taki czyn odwagi.
- Jestem personifikacją. Narodziłam się wraz z przybyciem ludzi, jestem ludźmi, ale nie jestem człowiekiem. Żyję, dopóki żyje mój mały naród. – Coś zaskoczyło. Na ostatnie zdanie tej drugiej dziewczynce w głowie narodził się cudowny plan. „Skoro obydwie jesteśmy nieśmiertelne w jakiś sposób i jeszcze tak niezwykle podobne… Co by było, gdybyśmy zamieniły się miejscami? A może inaczej… co jeśli jej miejsce na tym świecie tak naprawdę należy do mnie?”
Korzenie puściły czarnowłosą odstawiając ją ostrożnie na ziemię. Dziewczynka owa uśmiechnęła się tedy jeszcze szerzej i promienniej, jednak jej radość nie trwała długo. Wychowanica Złego Biesa uczyniła może trzy długie kroki i już znalazła się przy niej.
- Hę? – Wyrzekła tylko dziewczynka, gdy nagle na jej gardle zacisnęła się z niezwykłą dzięki skrzydłom siłą dłoń wychowanki Biesa. Jej oczy otworzyły się szerzej a źrenice zwęziły na wzór gadzich chłonąc uciekające z ofiary życie. W zimno zielonych tęczówkach zagrało chłodne złoto, odbijały się w nich te soczysto zielone przepełnione przerażeniem i nadciągającą śmiercią. Dziewczynka próbowała się wyrywać, ale była zbyt słaba. „Taka szkoda, nawet zabawy z nią nie będzie.” W końcu znieruchomiała, trawiaste oczy straciły blask, po policzkach spłynęły ostatnie łzy. Ręce bezwładnie ułożyły się wzdłuż pustego ciała. Wychowanica Biesa puściła ją i wyszła na brzeg rzeki. Pochodziła chwilę wzdłuż wody szukając odpowiednio głębokiego miejsca, wreszcie znalazła a słońce w tym czasie już kłaniało się koronom drzew. Pozbierała kilkanaście cięższych kamieni i przywołała do siebie Czady.
Przybyły szybko a wystraszone wyglądem dziewczynki, cofnęły się kawałek. Na to dziwne zachowanie zmarszczyła brwi i sposępniała tylko.
- Te, co były dziś po tej stronie rzeki do przodu. – Czady nie potrafiły kłamać, od razu wystąpiły do przodu, a że dziewczyna trzymała przestraszliwe skrzydła uczyniły to czym pośpieszniej. Nie miały zielonego pojęcia, co się dzieje, nie spodziewały się niczego. Natychmiast z ziemi wyskoczyły korzenie i przygwoździły demony do ziemi. Nawet się nie wyrywały. – Reszta ma zostać. Reszta ma patrzeć i nie odwracać głów. – Poodrywała długie kawałki skóry od swego okrycia i używając ich jak rzemieni poprzywiązywała wprzódy przygotowane kamienie do demonich szyj. Następnie wypuszczała kolejne Czady spod korzeni i wrzucała do rzeki. Twarz miała zastygłą niczym maskę przyglądając się jak koty zawzięcie walczą o życie i w końcu toną. – Te Czady dzisiaj zrobiły błąd. Zdradziły nas. Sprawiły, że Zły Bies umarł. Wszystko wiem. Mogłabym pozbawić was wszystkich języków, ale patrzenie na śmierć zdrajców jest lepsze. – Ostatni Czad dysząc, jęcząc i piszcząc schował wreszcie swą głowę w wodnej kipieli. Jego szamotanina, jego błyszczące przerażeniem ogromne oczy wyglądały pięknie chowając się w wodzie niczym słońce w lesie. – To będzie dla Was nauczka… Odejść! Dwa zostają ze mną.
Czady natychmiast rozbiegły się we wszystkie strony nawet nie odwracając łbów za pozostałymi dwoma. Dziewczynka zaś wróciła się spokojnie do trupa owej personifikacji i z bezdźwięcznym towarzystwie Czadów zdjęła z niej ubrania i umywszy się w rzece przebrała swoje skóry na tą ludzką przyodziewkę. Skrzydła zmniejszyły się, złożyły i przytwierdziły do jej pleców spod bluzki będąc zupełnie niewidocznymi. Truchło zaś kazała zakopać owym dwóm Czadom. Po dopilnowaniu płochliwych demonów, co by nie zakopały zbyt niechlujnie a porządnie i głęboko oraz rozkazie, tyczącym się okresu od wtedy aż po końce czasów, by nie pozwoliły nikomu nigdy tu kopać czy nawet zwierzynie się do tego miejsca zbliżać, poszła w stronę dymów, w stronę wioski. Przed samym krańcem lasu zwiesiła nisko głowę a twarz ukryła w dłoniach. Tak przygotowana wbiegła w pomiędzy chaty, potknęła się i zaczęła krzyczeć imitując świetnie ludzki płacz. Natychmiast zlecieli się ludzie pełni trwogi i łez. Bo skoro ich personifikacja płacze, oni też z pewnością mają ku temu powód. Za to dziewczyna odkryła, że ów dziwny krzyk i płacz przynoszą ulgę, że zdają się kamień z serca zdejmować, narząd ten roztapiać.
- Boże Wielki w niebiosach! Mania! Co się stało?
- San! Gdzie jest San?!
Dziewczynka w odpowiedzi jedynie bardziej się skuliła i zadrżała.
- W imię Ojca i Syna!
- Manieczko najdroższa! Już spokojnie! – Kilkoro kobiet przyklęknęło przy niej i poczęło ją głaskać po ramionach, włosach, uspokajać. – Już, ciii. Już… - Jedna z nich podniosła dziewczynkę i przytuliła do siebie łkając. Wychowanka Biesów nie znała tego gestu, więc z początku zdziwiła się bardzo, ale potem… przed oczami stanął jej widok Złego Biesa, jego potężnej głowy spadającej jak rzucona przez wiewiórkę w wodę łupina orzecha. Przypomniała sobie te wszystkie dzikie jabłka, jagody, maliny. Wszystkie wycieczki, wyprawy, zabawy. I nagle, zupełnie niepostrzeżenie z jej suchych oczu popłynęły prawdziwe łzy, smakowały słono, piekły dziwnie, przynosiły ulgę. Dziewczynka wtuliła się odruchowo w tą zupełnie nieznaną jej kobietę i zaczęła rzewnie płakać. Nad życiem, które utraciła wraz ze śmiercią Złego Biesa. To on był łącznikiem między wszystkimi Biesami i Czadami, to on tworzył harmonię tych lasów. On ją wychowywał. Bez niego to wszystko się rozpadnie i pewnie ułoży na nowo, ale we wzór zupełnie nieznany. Dziewczynka, która teraz otrzymała imię, nazwisko, nowy dom już rozsypała to i ułożyła inaczej. „Mieć imię… to takie dziwne. To miłe nawet.”
Wreszcie uspokoiła się, podniosła na wszystkich oczy, a zgromadzili się ludzie ze wszystkich okolicznych wiosek i opowiedziała, co się wydarzyło. Mówiła tak, jakby to San był jej bliski, nie Bies. Poprzestawiała sobie te pojęcia w głowie. Koloryzowała trochę tak, by powstały legendy, gusła. Ludzie będą się bać i stwierdzą, że w tych lasach są miejsca przeklęte. Na przykład grób Marianny… Nie, ona teraz jest Marianną, a tam… tam leży tylko bezimienny trup dziewczynki. Zwyczajnej. To ona teraz jest personifikacją tych ludzi. Tak, jak miało być od początku. Tak! Jej opowieść o bohaterskim Sanie, smakowała metalicznie fałszem, ale ludzie wierzyli. Widziała to w ich różnobarwnych oczach. Przyglądała się im i coraz bardziej rosło w niej zdziwienie, że oni, takie słabe i uczuciowe istoty przywiązujące wagę do wszystkiego mogły pokonać Biesa, który miał przecież skrzydła! Tak, historię o skrzydłach nietoperzych ogromnej i diabelskiej mocy również opowiedziała ludziom. Dodała, że przynoszą nieszczęścia, osamotnienie, niezrozumienie. Nawet nie wiedziała, jaką prawdę i przyszłość sobie trafnie wróży. Jednakowoż w całej tej opowieści nie przestawała na wysławianiu się jak człowiek, czego nauczyła się niezmiernie szybko, ale próbowała też wyglądać na smutną, zmartwioną, czasami złą…
Widocznie szło jej dobrze, bo do dziś nikt nie zna całości historii, przynajmniej nikt z żyjących, ale o tym innym razem. Dla większości całość skończyła się szczęśliwie: rozleniwione Biesy pozasypiały w jaskiniach z braku roboty, Czady polubiły przebywanie z ludźmi, jednak bez przesady, zbyt wielkie tumany tego gatunku napawają je strachem paraliżującym, zaś sami ludzie… nawet nie zauważyli tego, że Marianna nie jest prawdziwą Marianną. Wychowanica Biesa, Mania Łukasiewicz, nazwana później na cześć rozpowszechnionej przez nią legendy personifikacją Bieszczad lub krótko: Bieszczadami, prędko wdrożyła się w swoje nowe życie. Niemalże zapomniała o Złym Biesie, myślała o nim jedynie jako o demonie, już nie rodzicu. Dla Diabła również sprawa się rozwiązała. Nie dość, że dziewczyna nie znała swojego pochodzenia, to zdawała się również nie znać swoich możliwości, mocy. Używała tylko tych, które jej były potrzebne, to jest cichy i prędki chód, wytrzymałość wielka i możność porozumiewania się bez słów z Czadami. Skrzydła nietoperze, które tak naprawdę były jedynie przynoszącym nieszczęścia diabelskim talizmanem i nie przynosiły żadnej korzyści w sile czy mocach, zaległy na dnie plecaka Mani. W piekle podobno potąd słychać niekiedy rechot Diabła zza gorejących płomieni, co go wciąż bawi ta dziwna dziewczyna. „Zupełnie ludziom już podobna! Nawet nie wie, że bez tych skrzydeł również by Czady pozabijać mogła nawet w gorsze sposoby! Głupia dziewczyna!” W takie dni cały naród demoni oddycha z ulgą, Diabeł w dobrym humorze to mniej zabitych i maltretowanych istot…

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach