Historia cukrowego domku

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Historia cukrowego domku

Pisanie by Gość on Czw Gru 26, 2013 7:24 pm

Występują:
2p!Anglia,
2p! Ameryka,
Kanada i jego braciszek zwykły Ameryka.
Zapraszamy.
***
Witajcie. Nazywam się Matthew Williams i chciałbym wam opowiedzieć pewną historię. Historię, która odmieniła mnie, i mojego brata Alfreda. Możecie wmawiać mi, że to dziecinna bujda. Że wszystko to tylko sen, owszem straszny, ale tylko sen. Jednak mój brat do dzisiaj nosi na ramieniu ślad po tych wydarzeniach… jeśli jednak i to was nie przekonuje to odejdźcie i nie słuchajcie. A tych, którzy jednak są zaintrygowani moimi słowami powiem jedno: Zaczęło się od…
***
- Alfred zaraz się udławisz!- Krzyknąłem wściekły wyrywając mu paczkę z rodzynkami w czekoladzie. Mój młodszy braciszek spiorunował mnie wzrokiem i choć z wypchanymi od słodyczy policzkami sięgnął brudnymi łapkami po torbę. Gdybym wiedział, w co się wplączemy bez najmniejszych oporów dałbym mu tą torebkę.
- Cześć Al! Co to za chłopak?- podbiegł do nas, wyższy o głowę i rok Ivan. On tak samo jak my był z „rozbitego” domu. Tyle, że w przeciwieństwie do nas on był jedynym chłopcem, przez co matka z ojcem konkurując o opiekę nad nim strasznie go rozpieścili.
- Mój starszy brat.-odparł złym głosem chłopczyk patrząc groźnym wzrokiem na mnie.
- A ja nie mam takich problemów.- Zaśmiał się Ivan i nagle jego oczy zaświeciły się dziwnie. - To twoim zdaniem są słodycze? Byłem w takim miejscu, że to coś- Tu wskazał wzgardliwie na rodzynki.- Nie może się z tym równać!- Przewróciłem oczami, ale w oczach mojego braciszka pojawiły się dziwne iskierki. Jak zawsze, gdy mówiono o słodyczach.
- W domku w lesie. Jak byliśmy z resztą bandy to tam trafiliśmy. Mówię ci. Takich dobrych słodyczy w życiu nie jadłeś.- Mój brat słuchał tego z rozdziawioną buzią, co chyba sprawiało przyjemność opowiadającemu Ivanowi.
- A czy przypadkiem nie jest niebezpieczne wchodzić do domu nieznanych ci osób?- spytałem z przekąsem. Strasznie nie lubiłem tego nadętego dzieciaka. Strasznie zadzierał nosa. Ivan posłał mi mordercze spojrzenie i szybko odszedł. Mój brat spojrzał na mnie gniewnie.
- Przez ciebie nie będę mieć żadnych przyjaciół!- burknął zły patrząc na mnie wilkiem. Tymczasem ja świętowałem swoje małe zwycięstwo nad paniczem Bragińskim, wiec nie za bardzo przejąłem się słowami brata.
-Uwierz mi, przyjaźń z nim nic dobrego ci nie wniesie.- Brat znów coś burknął i oddalił się. Był tak zamyślony, że zapomniał upomnieć się nawet o swoje rodzynki.
Przez następne kilka dni mój brat rozmyślał, o tym cukierkowym bogactwie w lesie. Skąd to wiem? Bo zapominał o najprostszych rzeczach. No, ale w końcu jego marzenie się sprawdziło. Choć wtedy bardziej pasuje nazwanie tego koszmarem.
-Miej na nich oko. Zwłaszcza na swojego brata- poprosiła mnie mama głaszcząc po głowie. Pięciu chłopców w wieku mojego brata oraz z dwóch starszych ode mnie spojrzeli na mnie i braciszka wyczekująco. Mieliśmy się udać na wycieczkę w okolicy lasu, a znając umiejętność przekonywania braciszka zapewne będziemy zapuszczać się w las w poszukiwaniu tajemniczego domku.

-To, co? Ruszamy?- spytał najwyższy z nas… miał chyba na imię Jim. Pamiętam, że miał duże niebieskie oczy jak Alfred. Był z dwa lata starszy ode mnie i praktycznie rządził grupą. Rozbiliśmy się niedaleko lasu i jeszcze nim minęło pół godziny szliśmy leśną dróżką. Po dziesięciu minutach zabłądziliśmy.
-Poszło wam lepiej niż się spodziewałem.- rzuciłem zdawkowo tłumiąc krzywy uśmiech. Ich złe spojrzenie sprawiły, że uświadomiłem sobie, iż ja też jestem w tej niezbyt fajnej sytuacji. Powoli robiło się ciemno, a my nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie iść. Nagle w powietrzu dało się wyczuć mdlący, słodki zapach. Mnie osobiście się nie podobał, ale reszta grupy była w niebo wzięta. Ruszyliśmy za tym zapachem aż w końcu dotarliśmy do domku.
Jeśli mam być szczery przypominał on domek z piernika Baby Jagi z „Jasia i Małgosi”. Węsząc zaciekle podeszliśmy do drzwi i chłopcy zaczęli się wykłócać, który ma zapukać, gdy nagle drzwi otworzyły się, a w nich stanął brązowowłosy mężczyzna.
Zmierzył naszą grupkę spojrzeniem spod ciemnych okularów i uśmiechnął się do nas. Jednak było w tym uśmiechu coś wymuszonego. Nawet bardzo. Starałem się mu dokładniej przyjrzeć, ale nie zdążyłem, bo mężczyzna zaczął mówić.
-Zgubiłyście się dzieci?- Aż czuło się tą sztuczność. Jednak ewidentnie moje zmarznięte towarzystwo tego nie dostrzegło i pokiwali głowami.- A może jesteście głodni? Mój… kolega zrobił ostatnio strasznie dużo łakoci i nie mamy się, z kim nimi podzielić. Może nam pomożecie?- Entuzjazm na ich twarzach, a szczególnie na twarzy mojego brata był tak duży, że bez lęku weszli do środka. Można powiedzieć, iż było to z naszej strony lekkomyślne I w sumie takie właśnie było. A ja nieborak bojąc się zostać samemu w lesie też wszedłem. Gdy tylko przekroczyłem próg usłyszałem trzask drzwi oraz zamka. Byliśmy zamknięci.
Mężczyzna zaprowadził nas do pokoju. A tam były cuda nie widy. Całe stosy babeczek, cukierków, czekolad, lizaków… wszystkiego! I wszędzie roznosił się ten słodkomdlący zapach… oraz śpiew. Nie mogłem rozróżnić słów, ale melodia była szybka i wesoła, a głos nawet miły dla ucha.
-Na co się patrzycie? Jedzcie!- Zaśmiał się rubasznie mężczyzna, ale coś w tym śmiechu mi nie pasowało. Moi przyjaciele jednakże zamiast przejąć się tym, że jesteśmy w nieznanym nam miejscu dosłownie rzucili się na łakocie. Brązowowłosy był z tego ewidentnie zadowolony, bo skierował swe kroki do kuchni. Ja tymczasem usiadłem na kanapie nie wiedząc, co robić. Byłem głodny, jednak jakoś nie garnęło mnie do tych słodyczy.
Mojemu bratu i jego kompanom to nie przeszkadzało. Wpychali w siebie praktycznie tonami stojące na stolikach słodkości.
-Brat spróbuj, to dobre!- podbiegł do mnie Alfred wyciągając w moją stronę babeczkę.
-Podziękuję Alfredzie. Nie mam ochoty.- odparłem odpychając jego dłoń. Mu to nie przeszkadzało gdyż bezpardonowo sam wgryzł się w ciasto. Nie wiem jak długo się opychali. Wiem tylko, że po jakimś czasie do pomieszczenia wrócił brązowowłosy. Stałem niedaleko i mogłem śmiało zauważyć, że jego zęby są zaostrzone jak u rekina. Sprawiło to, że zbladłem. Mężczyzna rozejrzał się i ewidentnie mnie nie dostrzegając podszedł do jednego z chłopców. Powiedział coś cicho, a ten pomachał mu opornie głową. W sumie dopiero, gdy zobaczyłem jego odpowiedź zorientowałem się, że ruchy wszystkich jedzących zrobiły się ślamazarne i senne. Jakby wszyscy na raz chcieli się położyć spać. Skierowałem się w stronę kanapy by zająć na niej miejsce, gdy nagle ciszę rozdarł wrzask. A potem jeszcze jeden, który zakończył się szybko… łupnięciem.
Oblał mnie zimny pot i złapawszy za ramię brata odciągnąłem go siłą od stolika w stronę drzwi. Usadziłem go i zacząłem podskakiwać chcąc dosięgnąć rygla trzymającego nas z dala od wolności.
-Czy coś się stało chłopczyku?- usłyszałem miły głos, który sprawił, że włosy na karku stanęły mi dęba. Odwróciłem się. Tylko po to by spojrzeć prosto w błękitno-zielone oczy. Mężczyzna uśmiechał się promiennie, ale nie zmieniało to faktu, że na jego twarzy znajdowała się plamka krwi. Świeżej krwi.
-Nie..- wydukałem wpatrując się w turkusowe oczy. –My z bratem chcemy już po prostu wyjść…- tu spojrzenie uśmiechniętego powędrowało na siedzącego obok drzwi Alfreda. Mój braciszek kiwał się słabo mrużąc oczy, ale spojrzał na teraz kucającym przy nim mężczyźnie.
-Coś się stało malutki?- spytał go głaszcząc po policzku. Mój braciszek pokręcił głową.- A może chcesz jeszcze coś słodkiego? Mam w kuchni takie specjalne słodycze, ale tylko dla grzecznych chłopców. Byłeś grzeczny?- mój brat ochoczo pokiwał głową. Mężczyzna szerzej uśmiechnął się i pociągnął go w stronę kuchni. Poszedłem za nimi. Gdy nagle poczułem mocny ucisk w okolicy brzucha.
-A ty gdzie?- usłyszałem dużo mniej przyjemny głos i ciepły oddech na karku.
-Daj mu spokój Alan to tylko dwójka małych przestraszonych chłopców. Zaraz dam im coś słodkiego i od razu się uspokoją. Chcesz babeczkę?- spytał mnie miło nowy gospodarz od razu podając mi jedną z nich. Pokręciłem głową, ale ręka była coraz bliżej mojej twarzy. W końcu praktycznie wpychał mi ją do ust, ale trzymałem je mocno zaciśnięte.- Czemu nie chcesz? Jest dobra, słodka…- wiedziałem, że jeśli otworzę usta wepchnie mi ją do gardła siłą. I pewnie by mu się udało gdyby mój brat, który nagle wybuchł płaczem. Sprawiło to, że pachnący cukrem mężczyzna przede mną odwrócił się w jego stronę. Wywołało to irytację na twarzy bruneta, który potraktował mnie jak zepsutą zabawkę i po prostu odrzucił. Upadłem niedaleko i w ogóle nie myśląc pobiegłem w głąb domu.
Szukałem jakiegokolwiek wyjścia, ale jak na złość wszystkie okna były albo zbyt wysoko, albo zostały zakratowane. Nagle moje spojrzenie przykuło małe zaniedbane okienko. Odetchnąłem chwilkę i bez większego namysłu rzuciłem w nie, stojącą niedaleko książką. Wyjrzałem przez nie. Było na tyle duże byśmy z bratem się przecisnęli. Wyjąłem resztę szkieł przy pomocy jednej z dekoracyjnych chust.
Trzymając w dłoni metalową figurkę, jaką znalazłem po drodze, wróciłem do kuchni. Tymczasem mój głupi brat pozwolił im położyć się na blacie. Przy użyciu czarnego pisaka ten, który wyglądał na milszego malował coś na piersi mojego brata. Odwrócił się i w tym dostrzegłem swoją szansę. Wskoczyłem na stołek, złapałem za rękę brata i w tym samym czasie rzuciłem w stronę tego dziwacznego cukiernika figurką. Usłyszał mnie ewidentnie i już się odwracał, ale przedmiot trafił go w bok głowy. Osunął się zamroczony na ziemię, a ja pociągnąłem brata w stronę okna.
Szedł strasznie opornie, jak jakiś zmęczony grubas.
-Matti idźmy wolniej…- mruknął spowalniając nas, jednak nie dałem mu takiej możliwości. Nagły wrzask uświadomił mi, że ten drugi odkrył naszą ucieczkę. Przepchnąłem brata przez nisko umiejscowione okienko i wyszedłem tam za nim.
Od razu, gdy tylko wyszliśmy zaczęliśmy biec. Mój brat czując powiew powietrza orzeźwił się i mocniej zaczął przebierać nogami. Wbiegliśmy między drzewa. Księżyc oświetlał nam drogę, gdy biegliśmy.
Co jakiś czas oglądałem się za siebie czy za nami nie idą, ale za sobą widziałem tylko drzewa. Brat tymczasem mocno się zasapał.
-Matt zimno mi…- usłyszałem w końcu. Spojrzałem zirytowany na niego i w tedy uświadomiłem sobie, że mój brat jest pół nagi. Ze strachu nie zapomniałem o tym zupełnie. Przystanęliśmy chwilę. Noc była ewidentnie zimna i mój młodszy braciszek cały czas drżał. Dopiero teraz poczułem jak bardzo jestem zmęczony.
-Schowaj się, a ja sprawdzę gdzie jesteśmy.- poleciłem wchodząc po drzewie. Było to dla mnie duże wyzwanie, ale strach przed tymi ludźmi dodawał mi sił. Gdy dotarłem na górę moim oczom ukazał się las. Zobaczyłem też dym z komina tego domku, z którego właśnie uciekliśmy. Zobaczyłem także światła naszego miasta. Jaką radością było dla mnie, że chatka wcale nie była za bardzo oddalona od niego. Zjechałem właśnie po drugiej stronie pnia drzewa, gdy nagle zastygłem słysząc rozmowę.
-No chodź chłopczyku, przecież nic ci nie zrobię…- nucił słodki głos. Wyjrzałem zza pnia. Zobaczyłem tego drobniejszego mężczyznę o cyjankowych oczach. Wyciągał dłoń do mojego brata, na której znajdowała się babeczka z niebieskim lukrem. Sęk w tym, że mój brat nie widział ukrytego za plecami dużego noża, na którego rączce cukiernik zaciskał place, że aż jego knykcie pobielały. Mój naiwny brat jak zwykle łakomie spoglądał na smakołyk. Wiedziałem, że muszę coś zrobić by go ratować.
-Alfred!- krzyknąłem, a ten mężczyzna obrócił się. W tedy ja przebiegłem między jego nogami tak, że stracił równowagę. Złapałem za wyciągniętą rękę brata i pobiegłem ile sił miałem w nogach. Mężczyzna dopiero po chwili zorientował się, co się dzieje. Zerwał się i pobiegł za nami.
Obaj staraliśmy się biec jak najszybciej. Wręcz czułem słodką, lepką woń, która mu towarzyszyła, gdy nagle zaświeciło się światło. Upadliśmy prosto przed ubranym w mundur policjantem. Obaj byliśmy zbyt roztrzęsieni by cokolwiek mu próbować wytłumaczyć. Mężczyzna zadzwonił do naszych rodziców, a oni zabrali nas po raz pierwszy od dawna razem do domu taty.
Siedzieliśmy wtedy otuleni w koce, z kubkami ciepłej herbaty w rękach oraz po lekach uspokajających nasze roztrzęsione ciała. Lekarz zbadał Alfreda i jedyne, co mu się stało to lekkie przeziębienie. No i mocny uraz psychiczny. Do dzisiaj brat nie jest w stanie przegryźć jakiegokolwiek cukierka.
Ale trzeba też wspomnieć o tym, co stało się z naszymi kolegami. Rankiem bez problemów, razem z policją odnaleźliśmy domek. Jednak w środku czekała nas straszna niespodzianka. Tej samej nocy nasi oprawcy pomordowali ich. Policjanci mówili naszym rodzicom, że było tam dużo krwi, flaków oraz zmasakrowanych ciał. Ich rodzice mieli spore problemy ze stwierdzeniem, który jest, który. Oczywiście nam wprost nikt tego nie powiedział. To byłoby zbyt okrutne dla i tak już małych główek. Ale w sumie, sam domyśliłbym się, jaki los ich spotkał, kiedy widziałem nóż za plecami turkusowookiego cukiernika idącego w stronę mojego brata…
***
Tymczasem daleko od przebiegu wszystkich zdarzeń, do małej chatki na obrzeżach miasta zawitali mali goście. Otworzył im szeroko uśmiechnięty jegomość o cyjankowych oczach. Za nim stał czerwonooki mężczyzna z kwaśną miną patrzący jak gromada dzieci zjada ciasteczka z przyniesionej przez miłego cukiernika blachy. Po krótkiej rozmowie dzieci odchodzą a plotka o słodkim domku pełnym smakołyków rozchodzi się między nimi jak epidemia. I historia zaczyna się od nowa…

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach