Incydent

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Incydent

Pisanie by Gość on Sob Mar 29, 2014 12:14 pm

Przez tyle lat podróżowałem z bólem. Jak niegdyś nieważkość i lekkość, tak teraz ból jest moim stałym kompanem. I jak niegdyś miałem jeden dom, dom, który dzieliłem z najpiękniejszymi duszami i moim kochanym Ojcem, tak teraz mam niekończącą się podróż. Przemierzyłem już wszystkie pustynie, lasy, góry i miasta tego świata. Poznałem mnóstwa ludzi, ale przez cały ten czas jestem samotny. Co takiego złego zrobiłem? Minęło tyle lat.. dlaczego bramy do mojego domu wciąż są dla mnie zamknięte?! Jak tylko się zbliżę pojawiają się łańcuchy, których nie potrafię rozerwać. Jak tylko próbuję podstępem przemknąć się razem z innymi duszami przez bramy, moi dawni przyjaciele, moi bracia, odrzucają mnie, kopią, biją, bylebym tylko nie wrócił. Cóż im takiego zrobiłem?! A Ojciec? A mój Ojciec, który śmie zwać się miłosiernym? Nie widzi mnie! Nie odzywa się, gdy do niego wołam! Mój Ojciec mnie odrzucił! Ten „miłosierny” Ojciec wypędził mnie i skazał na tą bezkresną wędrówkę! Na początku myślałem, że to jest jakaś misja dla mnie, że zrobię, co trzeba i wrócę. Ale uratowałem tyle dusz, pomogłem tylu ludziom, a wrota domu wciąż były dla mnie zamknięte. Więc wymyśliłem, że wciąż nie zadowoliłem Ojca, a potem, że ta wędrówka, to kara. Pochyliłem głowę i dalej tułałem się po świecie próbując zadośćuczynić własnym grzechom, których nie znałem bądź których nie potrafiłem sobie przypomnieć.
I tak oto jestem tu. Sam. Przyzwyczaiłem się już. Na zawsze sam. Próbuję zapomnieć dom, moich braci i Ojca, ale nie potrafię. Wciąż o nich myślę i pragnę wrócić. Znów pukam do bramy i znów odpowiada mi tylko głuche echo. Widzę moich braci, jak przechadzają się w bieli, w wygodach, szczęśliwi, jak śpiewają, jak się śmieją, jak rozkładają nigdy niepodcinane skrzydła. I mam wrażenie, nie! to nie jest zwykłe wrażenie! To najczystsza prawda… Oni wszyscy śmieją się ze mnie! Z moich niewygodnych, szarych, ponurych strojów, z moich czarnych, przetłuszczonych włosów, nijakich oczu, moich poszarpanych skrzydeł, mojej samotności. Zwieszam głowę, czuję wilgoć pod powiekami. Moja rodzina..! Szydzi ze mnie! Któż mi pozostał? Uświadamiam sobie, że nie mam nikogo.
Sam.
Jestem zupełnie sam.
Chwila… skoro oni nie zwracają na mnie uwagi.. nie zauważają moich starań.. śmieją się ze mnie! Skoro robią to wszystko, znaczy, że już im na mnie nie zależy..! Więc dlaczego mi miałoby zależeć?
Parsknąłem śmiechem pod nosem. „No chyba żart, że do końca mojego marnego życia mam się przed wami płaszczyć!” Z radością usłyszałem, że dusze za bramą umilkły, zatrzymali się w osłupieniu, a ja podbiegłem do bramy i wysyczałem: „Święci, nie święci! Ten cały wasz posrebrzany świat to jest bańka! I wy myślicie, że Ojciec jest dobry?” Zawiesiłem głos i wydarłem się, nawet nie wiedziałem, że potrafię tak głośno krzyczeć: „Gówno prawda! Mydli wam oczy, a wy jesteście tak słabi, że mu wierzycie! Idioci!” Złapałem za łańcuchy śmiejąc się i potrząsając niby grzechotliwie, echo łapczywie wyłapywało te dźwięki i niosło dalej, bo poza nimi wszędzie panowała cisza. „Skoro jest taki dobry, to, dlaczego przez tyle lat mnie nie wpuścił? Skoro jest taki kurewsko dobry to, dlaczego nie przebacza swoim dzieciom a wysyła je na katorgę?!” Nie panowałem nad swoim głosem, który stał się nagle ochrypły i okropnie głośny. „Ale wiecie co? Pluję na ten wasz raj!” Splunąłem za kraty bramy, a moi bracia cofnęli się o krok. „Słyszycie?! Pluję! Nie mam zamiaru cierpieć dla kogoś, kto się mną bawi!” Odwróciłem się i jeszcze rzuciłem przez plecy teatralnym szeptem: „Wrócę tu, ale jak wrócę, nie będę sam. Ojciec jest martwy dla mnie, ale jak wrócę będzie martwy dla całego świata.”
Odszedłem.
Sam, ale tym razem szczęśliwy.
Przypomniałem sobie, co Ojciec mówił o Glinianych. Że są słabi i trzeba ich chronić albo coś na tą melodię. I znów wzięło mnie na śmiech.
Słabi? Chronić? A gdyby tak przetestować ich słabość..?
Tak! Zatarłem dłonie i prędko podążyłem ku drewnianym domom. Po niedługim czasie cała wioska stanęła w płomieniach. Ogień pochłaniał dachy i nadgryzał drewno, rzucał się na ludzi i otulał ich, pluł dymem i dusił. A wśród ognia biegałem ja, w powietrzu tańczyły moje sztylety. Gliniani próbowali uciekać, na darmo. Kiedy ogień ich nie strawił, zjawiałem się ja, Anioł niosący Śmierć, nie… Anioł Śmierci! i pomagałem im się ze Śmiercią połączyć. Krzyczeli na mnie, modlili się, próbowali kryć w płonącym kościele, w płonącym lesie. Mieli wybór: ja albo ogień. A ja wcale nie zadawałem szybszej śmierci. Orałem ostrzami w plechach, bruździłem na twarzach, tworzyłem wzory na skórze, wyłupywałem oczy. Ta ostatnia forma tortury podobała mi się najbardziej. Gliniani pozbawieni wzroku wbiegali w przerażeniu w płomienie i próbowali od nich uciekać, szamotali się, lecz ślepi niewiele mogli uzyskać. Powietrze rozdzierał trzask ognia i krzyki ludzi. Denerwowała mnie jedna rzecz. Dzieci. Nie krzyczały, nie bały się mnie. Przybliżały się, przytulały i płakały modląc się. „Uratuj nas, Aniołku! Bóg cię przysłał, uratuj! Uratuj!” Dzieci zleciały się jakby do mnie, jak ćmy do światła i jedne przez drugie poczęły płakać, prosić, czynić znaki krzyża. Czułem ból w całym moim ciele, cierpienie rozrywało mi głowę. „Odsuńcie się, bo was zabiję! Odsuńcie się, kundle! Precz!”

Ciemność.
Budzę się na ciepłej powierzchni, wszędzie jest dym, który sięga mi pod powieki i piecze. Nie chce mi się wstać, jest tak ciepło i miło… Chcę tu zostać na zawsze i tylko leżeć i napawać się ciepłem, gdyby tylko ten potworny dym zniknął.. W końcu otwieram oczy i znów je zamykam. Poraża mnie dym unoszący się zewsząd i to, co spoza niego wyziera. Powoli wstaję i oglądam obraz zniszczenia obejmując ramiona dłońmi. Wszystko spalone, chyba była tu jakaś wioska, domy, pewno jakiś kościółek.. Gliniani mieli swoje spokojne życie, a przez jakiś potworny pożar właśnie je stracili. To takie okrutne! Łzy ciekną mi po policzkach. Nawet nie znałem tych ludzi, nawet nie zdążyłem ich poznać.! Tak mi smutno, tak mi okropnie smutno. I wtedy zauważam, że spod dymu wokół mnie wydostają się kawałki dziecięcych zwłok: poodrywane kończyny, głowy, rozszarpane tułowie z wyprutymi trzewiami. Łzy pieką moje policzki, płyną po szyi i wsiąkają w koszulę, niektóre osamotnione kapią na ciepłą żarem ziemię i z sykiem uderzają o nią. W głowie mam dzwon, jego serce tłucze mi się o czaszkę, gdzieś w środku torsu coś próbuje się ze mnie wydostać. Zginam się w pół i krztuszę plując w żar. Któż mógł zrobić taką okropność?! Dlaczego dzieci, dlaczego one? Przecież nie mogły nikomu nic zrobić, są takie niewinne..! Rozkładam skrzydła i uciekam w górę, byle dalej od tej zbrodni. Musiałem się spóźnić! A gdybym się nie spóźnił te dzieci by żyły! Klnę się na swoją słabość, lecę i płaczę.
Nawet nie zastanawiam się, dlaczego znalazłem się na samym środku tego pogorzeliska otoczony pierścieniem dziecięcych zwłok.
Nie zastanawiam się, bo to zdarzyło się niepierwszy raz. Mam tylko nadzieję, że ostatni.
Mogę mieć tylko nadzieję, że coś takiego się więcej nie powtórzy.
Tylko nadzieję.


Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach